• To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Zamawianie biuletynu

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

skołucki henryk 1Artykuł archiwalny

Henryk Skołucki  ksiądz dr absolwent  z roku 1979 klasa 4c napisał przeszło 30 lat temu do Basi Sochackiej list. Basia udostępniła nam wtedy jego treść, która była opublikowana w pierwszym wydaniu naszej strony absolwentów. Treść listu jest na tyle ciekawa, że postanowiliśmy go powtórnie udostępnić.

Droga Pani Elżbieto

Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia i stos zaległej korespondencji przynaglają mnie do podzielenia się z Wami przeżyciami ostatnich miesięcy, przedtem jednak chciałbym Warn podziękować za nadesłane listy. Niektóre z nich są doprawdy wzruszające; poruszające trudne, bardzo osobiste problemy. W tym wszystkim jedno napawa mnie szczególną otuchą - przez swoje cierpienia i modlitwy ofiarowane w intencji misji - jestem przekonany, że wielu spośród przyjaciół i pracowników dzieła misyjnego nie tylko z odwagą nosi to "brzemię chrystusowe", ale pozostaje prawdziwym przykładem i ostoją chrześcijańskiego ducha nadziei i zmagania się z przeciwnościami nawet dla wielu misjonarzy.

skołucki henryk 1Wracając do korespondencji; wielu pyta mnie czy to prawda, że na Filipinach /gdzieś tam na jednej z wysp na Południu/ można spotkać kilkunastometrowe krokodyle "ludojady". Przyznam, że sam do niedawna uznałbym to za zwykłe baśnie i mit. Jednakowoż, tuż przed naszą fiestą, która przypada w święto Matki Bożej Szkaplerznej /l6 lipca/, jak błyskawica rozniosła się wieść, potężny "Kibul" /krokodyle monstrum cieszące się niechlubną sławą - ludojada/ znowu się "przebudził" i zaczął swoje polowania. Wyznam, że często z drżeniem wsiadałem do malutkiego "canoe" /lokalnie znane jako "baroto" - łódeczka w kształcie kajaka, wyrzeźbiona z jednolitego pnia drzewa/, szczególnie gdy moi operatorzy i przewodnicy podczas mych wizyt do daleko położonych w interiorze małych wiosek /"barrio"/, z podziwu godną przezornością, omijali wszelkie mokradła czy zarośla sięgające ujścia tutejszej rzeki. Od nich to dowiedziałem się, że naoczni świadkowie /ci, którzy zdołali się uratować/ ustalają wielkość tego krokodyla na 45 do 50 stóp /tzn. do około 15 metrów/ długości. Wyczytałem gdzieś, że w Amazonii ponad dwunastometrowa anakonda, może bez trudu "oczyścić" teren z tych potwornych bestii. Lecz Siargao to nie Amazonia i nikt zapewne nie będzie się kwapił, by ją sprowadzić i to prawdopodobnie z obawy przed następnym monstrum. Udało mi się jednak przekonać tutejszego burmistrza miasta, aby wysłał list apelacyjny do rządu. Z oficjalnych bowiem danych wynika, że w przeciągu dwóch ostatnich lat ofiarą krokodyli /rybacy, którzy zaginęli podczas powrotu z połowu/ padło co najmniej dziesięć osób. Ku naszej radości, w przeciągu miesiąca pojawiła się grupa japońskich naukowców, badaczy przyrody i ekologów. Jak się bowiem okazało, krokodyle żyjące na Siargao należą do bardzo rzadkiego gatunku; mogą z łatwością żyć i poruszać się zarówno w wodach morskich i w tutejszych rzekach i stawach. Poza tym, jeśli to prawda, że wspomniany "Kibul" osiąga takie rozmiary, to z pewnością może się on znaleźć w "Księdze rekordów Guinesa"skolucki henryk 2.
Z zainteresowaniem każdy z nas przyglądał się technice, którą posługiwali się ci "niezwykli myśliwi", pochwycone bowiem krokodyle miały być przetransportowane do rezerwatu przyrody w Palawan. Oczywiście w ich wyposażeniu znajdował się potężny karabin, dwa mniejsze pistolety /jak się później okazało służące do przenoszenia środków uspokajających/, gaz łzawiący i mocna, stalowa lina, zakończona pętlą z pokaźnych rozmiarów hakiem - rodzaj lassa, w środku którego jako przynęta miała być umieszczona ryba. Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań udało się im natrafić na ich legowisko. Ku ich zdumieniu, krokodyla rodzina liczyła co najmniej siedmiu członków. Jakkolwiek grupa myśliwych zdołała pochwycić pięć nieco mniejszych okazów, to jednak legendarny "Kibul" potrafił się wydostać z ich nagonki. Jak ustalili ci specjaliści, na terenie całego Siargao można będzie znaleźć parędziesiąt podobnych okazów. Zatem reszta czekać będzie na rodzimych myśliwych. Ponieważ był to czas przygotowań do naszej fiesty, ktoś wystąpił z sugestią, aby przynajmniej doraźnie stworzyć coś w rodzaju "wystawy krokodyli". Tak więc, lokalnymi środkami udało nam się zbić potężne klatki i postawić rodzaj bodegi czy, namiotu z liści palmowych oraz wszystko ogrodzić tak, by nadać temu pozory europejskiego ogrodu zoologicznego. Połączone to było z wystawą tutejszych produktów rolnych i wyrobów rzemieślniczych. Ku naszej radości wystawa ta odbiła się dalekim echem nawet w Manili. Na naszą fiestę zjawił się bowiem sam rzecznik rządu filipińskiego - senator Ramon Mitra /prawa ręka Pani Prezydent Corazon Aquino/. Obiecał daleko idącą pomoc - szczególnie w przekształceniu tej ubogiej wysepki w ośrodek turystyczny. Ktoś jednak, z tutejszych oficjałów, miał się ze sceptycyzmem wyrazić, że czyny mówią głośniej niż słowa, a on sam bardziej lęka się "człekokształtnych krokodyli" niż grasujących w sąsiedztwie bestii. Prawdą okazuje się bowiem fakt, że wielomilionowe pożyczki i pomoc charytatywna z zagranicy, kierowana przez koła rządowe, rzadko lub wcale trafiają do swego celu. Potężni senatorowie i władcy ziemscy /których interesów bronią prywatne armie.../ dotychczas jeszcze nie przeprowadzili zapowiedzianej reformy rolnej a wszelkie inwestycje /jeśli w ogóle odważą się zainwestować na Filipinach/ są skoncentrowane wokół ogromnych aglomeracji miejskich. Prowincja zatem, jak przed kilkudziesięciu laty pozostaje zacofana, bez podstawowej nawet edukacji i wreszcie bez pomocy lekarskiej. Przypominam sobie, że ostatnio przy pomocy lekarzy-ochotników z Cebu i Surigao udało nam się zorganizować bezpłatną, otwartą dla wszystkich naszych chorych i najuboższych parafian - klinikę. Ponad 50% spośród około siedmiuset pacjentów stanowiły dzieci. Oczywiście problemem numer jeden pozostawały lekarstwa.
Dzięki jednak kościelnym organizacjom charytatywnym udało się nam pokonać i tę przeszkodę. I jakkolwiek inicjatywa ta okazała się pewnym sukcesem, to jednak mamy wszyscy tę świadomość, że jest to jedynie kropla w morzu potrzeb. Ten często zakrywany i wstydliwy problem dzieci porzuconych, dzieci ulicy, pozostawionych na pastwę losu, bez pomocy i opieki, z całą wyrazistością pojawił się raz jeszcze na kościelnej scenie. Tym razem miało to miejsce na dorocznej /w bieżącym roku szczególnie uroczystej, bo obchodzonej w 50 rocznicę powstania naszej diecezji/ procesji odpustowej i tutejszego "budon-budong-sinulog" - kolorowego festiwalu. Wraz z tutejszymi siostrami udało nam się umieścić tych małych, kolorowo ubranych celebrantów w naprędce skleconych "powozach", z całą galą tutejszych miss-piękności i dygnitarzy. Było czymś niesłychanie ujmującym zobaczyć burmistrza tutejszego miasta wojewódzkiego - Surigao, pchającego dosłownie jeden z zaimprowizowanych "powozów". Mamy nadzieję, że pobudzi to sumienia tutejszych "możnowładców" do pospieszenia z pomocą i ulżenia doli tych bezbronnych, a przecież tak uroczych "brzdąców". Ogólnie bowiem stosunek starszych do dzieci na Filipinach jest bardzo wylewny, pełen troski a nawet pieszczotliwy. Wyraźnym echem takiej postawy może być praktykowany od czasów przybycia chrześcijaństwa, festiwal "Santo Nino", podczas którego obnosi się w uroczystej procesji figurkę malutkiego Dzieciątka Jezus. Według najdawniejszych podań - podczas walk hiszpańskich konkwistadorów z ówczesnymi jeszcze poganami -- osada Cebu /główne miasto na Południu Filipin/ miała zostać doszczętnie spalona. Jedyną pozostałością po białych misjonarzach, którzy w międzyczasie uciekli przed barbarzyńcami miała być mała figurka "Santo Nino". Gdy córeczka, cebuańskiego wodza zachorowała i wszelkie czary miejscowych szamanów spełzły na niczym, zrozpaczona żona wodza miała zwrócić się z żarliwą modlitwą do "tego nowego Boga białych osadników" - Santo Nino. Jej modlitwa okazała się na tyle skuteczna, że po powrocie białych misjonarzy do Cebu zostali oni szczerze i gorąco przywitani. Tak to rozpoczęła się nowa era w dziejach wysp filipińskich - nadejście chrześcijaństwa. Ktoś zapytał mnie w jednym z listów jak wygląda życie rodzinne na Filipinach. Muszę przyznać, że jakkolwiek rodzina jest strzeżona tutaj prawem państwowym o nierozerwalności małżeństwa /nawet jeśli kobieta raz zamężna została porzucona i to ze swym potomstwem.../, to jednak powszechną praktyką jest tzw. "guerida system", który zezwala mężczyźnie na posiadanie trzech lub więcej konkubin. Dla tutejszych kobiet, posiadanie dziecka jest, jeśli nie gwarancją małżeństwa, to przynajmniej zapewnieniem opieki dla niej i dla dziecka.
skolucki henryk 1Jest dla mnie wciąż rzeczą zdumiewającą, jak kierowcy "jeepów" /tutejsze środki masowej komunikacji/ znani ze swych przysłowiowych "donżuańskich zapędów", przy niewielkich zarobkach potrafią utrzymać trzy lub cztery rodziny i pogodzić to z chrześcijańskim systemem wartości moralnych. Wynika to, w mej skromnej opinii, z panującego tu poglądu, że wszelka, niczym nie skrępowana "aktywność" w tej mierze, potwierdza jedynie ich męskość /rodzaj tzw. "macho", "pagkalalaki"/, a jak historia wykazuje, wszelka walka z zakorzenionymi w mentalności poglądami koniecznie wymaga czasu dla przewartościowania wielu zasad moralnych /szczególnie w tej dziedzinie/. Wracając do odrębnego systemu wartości, to przecież trudno sobie wyobrazić w naszej zachodniej kulturze, aby w Dzień Wszystkich Świętych a następnie całą noc, aż do rana Dnia Zadusznych, ktoś bez posądzenia o niezrównoważenie emocjonalne, mógł zabierać ze sobą na "dostojne miejsce spoczynku swoich najbliższych" - sprzęt stereofoniczny, radia, telewizory, karty, "madziong" /rodzaj chińskiego domina/ i inne gry organizując zabawy, tańce a nawet disco w atmosferze radosnego pikniku ze zmarłymi. Jak już kiedyś wspominałem, zwyczaj ten posiada typowo chińskie znamiona i po głębszej refleksji, nie sądzę, aby stał w kontrastowej sprzeczności z tradycyjnym i bliskim nam sposobem oddawania czci tym, którzy przed nami odeszli po wieczną nagrodę. Podobnie silnie zakorzenioną wśród filipińskich chrześcijan jest wiara w tzw. "anitos", złośliwe duchy, które czasami przybierają ludzkie kształty. Powszechnie spotykaną jest praktyka tzw. "tambal" /o których zresztą zapytywano mnie w paru listach/. Potrafią oni dokonywać skomplikowanych operacji /nawet organów wzroku/ "gołymi rękoma" i to bez jakiejkolwiek infekcji. Filipińczycy wierzą, że wszelka choroba to wynik działalności złych duchów, dlatego leczenie wymaga odpowiedniego, połączonego z egzorcyzmami rytuału. "Lekarze" ci przygotowywani są w specjalnych ośrodkach strzeżonych tajemnicą plemienną, gdzie poddaje się ich niesłychanie surowej dyscyplinie fizycznej i psychicznej /np. niektórzy muszą porzucić nawet swoje rodziny i dzieci.../ a to dla wzmocnienia ich uzdrowicielskiej siły. Ponieważ swą ezoteryczną praktykę uznają jako pomoc cierpiącym braciom, z reguły nie pobierają żadnego wynagrodzenia. Inaczej bowiem mogliby utracić swój dar uzdrawiania.
Ten fenomen filipińskiego chrześcijaństwa poza rozbudowanymi wierzeniami magicznymi, charakteryzuje się również wieloma przesądami. Dla przykładu: w czasie popołudniowej sjesty i w nocy, mimo, że gorąc doskwiera niemiłosiernie, wszystkie okna /dzięki mojej wiekowej kucharce staruszce, nawet w mym skromnym konwencie/ są szczelnie zamykane z obawy przed złymi duchami, które mogą "posiąść" ludzi podczas snu; zmiana imienia ciężko chorego dziecka powinna przywrócić mu zdrowie; w czasie przyjęcia urodzinowego główną potrawą powinno być "pansit" /rodzaj chińskiego, długiego makaronu/, gdyż zapewnia to długie i szczęśliwe życie celebrantowi; dzieci cierpiące na różnego rodzaju egzemy są zazwyczaj odziane na czarno, aby ukrócić czas rzuconej na nie klątwy; dwie ciężarne kobiety nie powinny mieszkać pod tym samym dachem, inaczej jedną z nich spotka tragiczny wypadek; w czasie tropikalnej burzy z piorunami całe obejście powinno się skropić octem a wszelkie lustra w domu zasłonić, inaczej całe domostwo zostanie pochłonięte przez ogień; umieszczenie figurki Santo Nino w sklepie, w domu lub warsztacie pracy przynosi szczęście i dobrobyt. Osobiście pragnę zapewnić, że mój klucz i sekret do szczęścia /ktoś bowiem mógłby mnie podejrzewać, że za cenę "inkulturacji" poddałbym się tym i podobnym przesądom.../ zakorzeniony jest głęboko w Chrystusie. I przyznam, że im dłużej tutaj pracuję i zmagam się z normalnymi przecież dla misjonarzy trudnościami /znowu czeka mnie w najbliższym czasie obchód wszystkich barrio po ostatnim "łagodnym" tajfunie/, tym głębiej dostrzegam, że to właściwie On sam jest i radością i sekretem wszelkiej owocnej pracy misyjnej. Na najbliższe święta wybieram się do naszego największego barrio, gdzie budujemy nowy kościół. Tamtejsi parafianie długo już oczekiwali na kapłana, który mógłby wraz z nimi uczestniczyć w tradycyjnym - "Aguinaldo" - nowennie, podczas której wierni towarzyszą Trzem Królom ze Wschodu w ich pielgrzymce do Betlejem. Zanim świt nie zaróżowieje nieba i pierwsze promienie słońca skryte są jeszcze daleko w głębi Pacyfiku /a zatem przed godziną 4 rano/, zbierają się wszyscy na Mszy św. i procesji świateł. Pod wieloma względami przypomina to nasze Roraty i łatwiej odnaleźć można bliskie nam akcenty przenosząc się myślą do utulonej w śnieżnym puchu Ojczyźnie. Tak więc u boku Trzech Króli i mych filipińskich parafian obiecuję pamiętać o Was przed tronem łaski Tego, który "porzucił niebiosy, aby narodzić się w ubogim, betlejemskim żłobie", aby zrodził On w nas tak bardzo potrzebną nadzieję, radość braterstwa i "przewyższającą wszelką mądrość i poznanie" - Miłość.

Filipiny 1989     

Komentarze obsługiwane przez CComment