• To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Ocena użytkowników: 3 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 


Waldemar
Paluszkiewicz

 Nasz „Elektronik” wspominam bardzo mile*. I kolegów z którymi mam kontakt i - oczywiście - nauczycieli („Dziki” - P. Liziniewicz, „Kaczka” - P. Raczyńska, „Maniuś” - P. Chałupa), którzy poprzez swoje zaangażowanie i kompetencje umieli nam przekazać obszerną wiedzę, do dziś owocującą w wykonywanych przez nas zawodach.

* Artykuł był publikowany 10 lat temu! 

 

Ale „Elektronik” bynajmniej nie oznaczał tylko wkuwania materiału. To były również zajęcia pozalekcyjne, drobne wygłupy w czasie i po lekcjach. No i oczywiście niezapomniane obozy narciarskie i harcerskie. Z pobytem w naszej szkole kojarzą mi się sprawdziany z naszym wychowawcą, Marianem Chałupą...

 Pan Chałupa uczył nas podstaw elektrotechniki i miał opracowany szczególny sposób przeprowadzania sprawdzianów. W dniu poprzedzającym zawsze dzielił naszą klasę na dwie grupy. Pierwsza z nich przychodziła na godzinę 8.00 i pisała sprawdzian przez 45 minut, aż do przerwy. Następnie prace były zbierane, tablica z narysowanymi schematami zamykana, a cała grupa musiała ustawić się pod ścianą. Ich następcy przychodzili na 8.45 i w czasie przerwy następowała szybka wymiana. Rzecz jasna, druga grupa dostawała ten sam zestaw pytań i schematów do obliczenia, co ich poprzednicy. System ten wymyślony i praktykowany przez „Maniusia” był dobry, ale nie bez wad. Oczywiście, gorzej mieli ci, którzy szli na pierwszy ogień. Ci musieli wykuć wszystko na przysłowiową „blachę”. Natomiast uczniów z drugiej grupy aż skręcało, by dowiedzieć się, jakie były zadania, by móc rozwiązać je wcześniej i w ten sposób otrzymać lepszą ocenę.
I właśnie ta ciekawość była motorem napędowym do zastosowania niekonwencjonalnych systemów podsłuchu. W ich praktycznym zastosowaniu sprzyjało oczywiście usytuowanie naszej klasy. Znajdowała się ona bowiem na wysokości placu Klasztornego po prawej stronie od wejścia.
Pierwszy etap naszego „systemu” polegał na ukryciu mikrofonu między kwiatkami na parapecie okna i skrupulatnym zasłonięciu go kotarą. Było to niezwykle istotne, bowiem katedra stała także przy oknie od strony wejścia od placu Klasztornego. Kabel mikrofonu wyprowadzaliśmy na zewnątrz i podłączaliśmy do magnetofonu, który w tym przypadku działał jako wzmacniacz. Wszystko było montowane długo przed sprawdzianem i odpowiednio testowane.Niestety, jak każda metoda, i ta miała pewne wady:
a) magnetofon i kabel łączący go z mikrofonem trzeba było ukrywać przed czujnym wzrokiem nauczycieli wchodzących do szkoły,
b) rzeczony kabel był dosyć krótki, w związku z czym trzeba było się gromadzić tuż przy wejściu do szkoły, co mogło się wydać podejrzane,
c) przy większej ilości zainteresowanych nie wszyscy „słyszeli” pytania,
d) w przypadku zadań: „proszę obliczyć opór zastępczy ze schematu jak na tablicy” mikrofon sie nie sprawdzał.
Ale od czego głowa na karku: mając na względzie mądrą rzymską maksymę: „potrzeba jest matką wynalazków” znaleźliśmy sposób na wspomniane niedogodności:
Jeśli chodzi o punkty a, b i c, to zastosowawszy teorię w praktyce, kilku kolegów zbudowało nadajnik UKF. Wszystko mieściło sie w pudełku na mydło (małe gabaryty, płaska bateria jako zasilanie), miało wejście mikrofonowe i drut (antena), który łączyło sie z „gardinsztangą” jako anteną o większym zasięgu.W oznaczony dzień należało przyjść do szkoły odpowiednio wcześniej i zainstalować nadajnik, podwieszając go na szynie do firan. Mikrofon zwisał swobodnie za kotarą. Przyniesione radia dostrajało się na częstotliwość naszego nadajnika i już po chwili w eter płynęły słowa „Maniusia”, w które grupa „zewnętrzna” wsłuchiwała się z najwyższą uwagą.
Rozwiązanie zaś problemu punktu „d” polegało na zorganizowaniu lornetki. Jeden z nas biegł do sąsiadującego z „Elektronikiem” budynku, z okna którego na półpiętrze doskonale widoczna była tablica w naszej klasie i interesujący nas schemat. Przerysowanie go i obliczenie stosownego oporu było już banalnie proste.

Dziś, wspominając te zmagania z „Maniusiem”, czyli Panem Chałupą, nie wiem, na ile opisane metody pomogły nam w osiągnięciu lepszych ocen. Przecież i tak trzeba było na co drugi sprawdzian porządnie się przygotować. Pozostały jednak w pamięci jako wesołe wspomnienie. Trzeba również przy tej okazji nadmienić, ze takie coś mogło sie wydarzyć tylko w Naszej Szkole (sprawne zastosowanie elektroniki w praktyce). A za to też należy się dobra ocena, prawda?

Przysłał: Waldemar Paluszkiewicz 5b 1982
Tekst artykułu do publikacji opracował:
Krzysztof Woźniak 
Poniżej zdjęcie grupowe klasy, które przysłał nam Waldemar:
 

Komentarze obsługiwane przez CComment